Zamknij

Dlaczego warto się zarejestrować?

  1. Możliwość dodawania nowych treści na stronie
  2. Możliwość komentowania istniejących artykułów
  3. Możliwość ściągania szant w wersji mp3
  4. W wypadku dużej aktywności możliwość zostania redaktorem lub moderatorem
Zarejestruj się!
Żeglarstwo

Reklama

Naszą witrynę przegląda teraz 6 gości 
Przygoda z Pogorią 09.01-18.01.2009 PDF Drukuj Email
Wpisany przez Aleksandra Rapicka   
Poniedziałek, 02 Luty 2009 14:21

 

"Który raz jesteś pod żaglami?"

"Pierwszy"

"I od razu coś tak dużego?"

"Do odważnych świat należy".

09.01 wyjechaliśmy z Polski, w stronę Włoch. Rejs organizowany był przez firmę NETRA (www.pipson.org) i został nazwany "Pipson i jego znajomi". Większość z nas dobrze zna Mariusza i wiedzieliśmy, że to będzie coś fantastycznego. Autokar pełen ludzi spragnionych fal i wiatru dotarł do Genui 10.01. Tam rozpoczął się nasz rejs.

Pierwszy dzień upłynął na szkoleniach i próbach alarmów, poznawaniu STS Pogorii i integracji z załogą. Niektórzy byli trochę przerażeni ilością lin do zapamiętania, tym, że może wiać dość mocno i wizją wstawania w środku nocy na wachtę (zwłaszcza po nieprzespanej nocy w autobusie). Moja wachta (wachta IV, naszym oficerem był Mikołaj Bombała:-) miała przyjemność rozpocząć od wachty gospodarczej. Mycie naczyń, podawanie posiłków, sprzątanie - czyli to, co kobiety potrafią (a niektóre wręcz lubią). Wieczór mieliśmy wolny więc był czas na poznanie się bliżej i zaplanowanie pracy na następne dni.

11.01 po śniadaniu i porannym apelu wypłynęliśmy w stronę Elby. Morze było spokojne, mimo to niektórym doskwierała choroba morska. Podczas wachty nawigacyjnej uczyliśmy się nawigacji, obserwacji i sterowania. Mikołaj bardzo nam pomagał i świetnie tłumaczył zawiłe teorie. Nawet najbardziej oporni (czyt. kobiety:-) dawali sobie radę pokonując lęk przed wchodzeniem na reje. Po pracy nastała noc na morzu (moja pierwsza w życiu) i trzeba było się zmagać z "turlaniem się" po koi (zaczęło bujać).

12.01 w godzinach popołudniowych dostarliśmy do Portoferraio. Pogoda była piękna, można było wygrzać się w słońcu i odpocząć od bujania. Większość załogi wyruszyła zwiedzać wyspę, która okazała się bardzo urokliwa i pełna niespodzianek. Dookoła rosły drzewa cytrynowe, rododendrony i inne fikuśne rośliny. Moja wachta musiała w nocy pracować, co nie wpłynęło negatywnie na nastrój - wręcz przeciwnie - było wesoło i bardzo miło. Jak zawsze zresztą, gdy musieliśmy w nocy wstać i czuwać.

13.01 ruszyliśmy w dalszą część trasy. Kapitan Andrzej Marczak postanowił, że kolejnym portem będzie Bonifacio na Korsyce. Wiatr wiał dość mocno, co oczywiście odbiło się na zdrowiu załogi. Mimo to pracowaliśmy dzielnie i w pocie czoła wspinaliśmy się na reje, by postawić żagle.  Nadeszła kolejna noc na morzu, tym razem wiało dość solidnie i zapieranie się rękami i nogami w kojach było niezbędne.

14.01 dopłynęliśmy bezpiecznie do Bonifacio. Piękne wejście do portu zachęciło całą załogę do wyjścia na pokład i podziwianie widoków. W okolicach Korsyki zerwał się dość silny wiatr, mimo to wszyscy byli zachwyceni. Korsyka okazała się kolejną piękną wyspą, która warto zwiedzić. Następnego dnia czekało nas 12 godzin wachty bosmańskiej, większość z nas była tym faktem lekko przejęta i zastanawialiśmy się, co takiego bosman wymyśli :-)

15.01 opuściliśmy Korsykę i wypłynęliśmy w drogę powrotną. Kierunek: Livorno. Przy wyjściu z portu "zaatakował" nas silny wiatr, woda dostawała się na pokład, ciężko było utrzymać równowagę. Mimo to byłam przeszczęśliwa i powtarzałam w kółko (przypięta szelkami do czego się dało), że jest cudownie. Postanowiłam nie dać się chorobie morskiej i nawet wtedy nie zwróciłam posiłków Neptunowi. Po kilkudziesięciu minutach wiatr się uspokoił, nasza wachta bosmańska upłynęła bardzo spokojnie, nadszedł czas wachty nawigacyjnej i najpiękniejszej nocy, jaką w życiu widziałam. Było ciemno i cicho, na niebie migotały tysiące gwiazd, morze delikatnie falowało, a my doskonaliliśmy się w technikach nawigacyjnych, obserwacyjnych i sterowaniu.

16.01 wiatr zupełnie zdechł, zrobiło się bardzo spokojnie, wyszło słońce. Cała załoga "wypełzła" na pokład i podziwiała ciszę panującą dookoła. Żagle zostały zrzucone, silnik odpoczywał, a my delektowaliśmy się tymi chwilami. Przez kilka godzin mieliśmy upragniony spokój, mogliśmy czytać książki, spać, łowić ryby i opalać się do woli (było około 18 stopni). Dopiero pod wieczór silnik został uruchomiony i powoli zbliżaliśmy się do ostatniego portu. Gdy dotarliśmy do Livorno, było już ciemno i nadchodziła ostatnia noc na Pogorii. Niezapomniana i pełna wrażeń. Gitara, śpiewy, tańce i przeróżne włoskie smakołyki sprawiły, że ten wieczór pozostanie w naszej pamięci na zawsze.

17.01 mieliśmy trochę czasu dla siebie. Część załogi pojechała do Pizy, część postanowiła zwiedzić Livorno, pozostali odpoczywali na pokładzie lub poza nim, w przyportowych kawiarniach. Po ostatnim wspólnym obiedzie(podziękowania dla Jasia za tę grochówkę) nadszedł czas wręczania opinii z rejsu i podsumowania naszej Przygody. Około 1800 wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w drogę powrotną. Rano byliśmy w Polsce. Myślę jednak, że jakaś cząstka z każdego z nas została na Pogorii :-)

 

"Do odważnych świat należy" - moja Przygoda z Pogorią rozpoczęła nowy etap w moim życiu. Pokochałam żagle. Mam nadzieję, że z wzajemnością.

Podziękowania dla Pipsona, Mikołaja, całej wachty IV i pozostałej załogi. A największe, najgorętsze i najszczersze buziaki dla Pawełka, dzięki któremu mogłam tam być!  Było tak, jak miało być czyli fantastycznie!

 

 

 


Tagi Żagle , Pogoria , Pipson , Rejs , Żeglarstwo
Zmieniony: Wtorek, 03 Luty 2009 20:07
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież